O mnie

Nie skończyłam anglistyki, ani pedagogiki, nie uważam się za eksperta w dziedzinie języka angieskiego, do profesjonalizmu mi daleko, bo sama często popełniam błędy. Skończyłam studia na kierunkach politycznych, a jedyne co zrobiłam w kierunku nauczania angielskiego to certyfikat TEFL (Teaching English as a Foreign Language). Pewnie zastanawiasz się teraz, po co w takim razie zabrałam się za uczenie angielskiego i pisanie bloga? Bo to lubię, o tak po prostu, a moja dewiza to robić w życiu coś, co się naprawdę lubi 😉

Angielskiego zaczęlam się uczyć  w ostatnich latach podstawówki, siódma lub ósma klasa (to te lata, kiedy te klasy jeszcze istniały, zanim zniknęły i znów sie pojawiły 🙂 ). Także miałam jakieś 13-14 lat, uczyłam sie metodą korespondencyjną, kiedy nie było internetu, listonosz przynosił raz  w miesiącu 2 cienkie zeszyty i kasetę (nie plytę, nie mp3, kasetę! Dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi, google pomoże). Wkuwałam słówka, robiłam prace domowe, które odsyłałam pocztą, ktoś tam to sprawdzał i pocztą odsyłał. Tak, tak, to były te czasy, kiedy wysyłaliśmy listy pocztą! Pózniej poszłam do liceum i tam zaczęłam pożal się Boże naukę angielskiego w szkolnej ławie. Co tydzień inny temat, co tydzień gramatyka, podręczniki, tłumaczenie zdań w zeszycie, zero słuchania, zero dialogów i tak leciał rok za rokiem aż do matury. Na studiach powtórka z rozrywki, chociaż postanowiłam wziąć trochę sprawy w swoje ręce, więcej sama czytałam, chodziłam na lekcje prywatne, nawet zabrałam się za udzielanie korepetycji (osoby, które wtedy uczyłam, mam nadzieję, że już mi to wybaczyły, chociaż może nigdy się nie zorientowały, że zle uczyłam, bo każdy tak uczył i nadal wielu tak uczy). Moja edukacja języka angielskiego zakończyła się tym, że świetnie znałam gramatykę, bardzo dobrze pisałam, więc postanowiłam wyjechać do Anglii jako au-pair (to taka opiekunka, która mieszka z rodziną, zajmuje się dziećmi i szlifuje język), bo napisałam do rodziny, oni odpisali, nawet całkiem niezle zrozumiałam rozmowę przez telefon, więc spakowałam manatki i fru do obcego kraju, ahoj przygodo! I tutaj nastąpił szok. Z lotniska odebrał mnie ojciec rodziny, u której miałam zamieszkać, całą drogę mowił, ja tylko cos dukałam i patrzyłam na niego zastanawiając się czy trafiłam do odpowiedniego kraju, bo jego angielski mało przypominał znany mi język. Wyjście z sytuacji, które według niektórych najlepiej praktykować to szeroki uśmiech i potakiwanie, nieważne co on tam mowi, niech sobie mowi. Praktykowałam i ja. W domu nieco mi ulżylo, bo okazało się, że dzieciaki mowią w bardziej ludzkim języku, a ich mama w ogóle się starała, mówiąc wolno, wyraznie i jeszcze upewniajac się, czy na pewno rozumiem. W tym jednym domu zorientowałam się, ze każdy mówi inaczej, a nagle okazało się, że przychodzi w odwiedziny rodzina albo znajomi i kazdy mówi po swojemu, a jest jeszcze radio, telewizja, pani w sklepie i pan na poczcie i kierowca autobusu! Twarz mnie bolała od uśmiechania się przez pierwsze tygodnie, a frustracja sięgała zenitu. Bo nagle okazało się, że ten angielski, którego nauczyłam się z książek, nie ma nic wspólnego z prawdziwym życiem! Bo nie czytam tego, co ludzie mowią, tylko ich slyszę, bo co z tego ze świetnie znam gramatykę, skoro nie umiem jej zastosować, bo boję sie wydukać kilka zdań. Przyjechałam do Anglii w 2003 roku, rok przed wejściem Polski do Unii Europejskiej, wiec Polaków było jeszcze jak na lekarstwo. Przez pierwsze pól roku nie miałam w ogóle styczności z językiem ojczystym, poza rozmowami z rodziną w Polsce raz  w tygodniu przez telefon (przypominam, że nie bylo whatsappa, ani face book’a, darmowych rozmow, smsow itd, mejle wysyłałam z bibiloteki, masowo, żeby oszczędzić czas).

I te pierwsze pół roku to byl dla mnie dar, jeśli chodzi o język, bo nikogo nie interesowało, czy mówię poprawnie, gramatycznie itd, ja po prostu musiałam ludzi słuchać i komunikować się z nimi. W między czasie poszlam na jeden kurs angielskiego i drugi, które były nudne jak flaki z olejem, ale chociaż z obcokrajowcami mogłam poćwiczyć angielski w praktyce. Pewność siebie wzrosła znacznie, znów wrociłam do udzielania korepetycji (znów o zgrozo stosując stare metody przywiezione  z Polski), skończyłam studia magisterskie i życie potoczyło się dalej.

Uczyć uwielbiałam zawsze, nigdy nie chciałam z tego rezygnować, ale te moje potyczki językowe dały mi do myślenia. Plus na świecie pojawiła się dwójka moich dzieci, obecnie perfekcyjnie dwujęzycznych i obserwowanie, w jaki sposób one uczą się jezyków, bez książek, bez notatek, bez regułek gramatycznych było i jest niesamowitym doświadczeniem. To wszystko wpłynęło na to, że z nauczania nie zrezygnowałam, ale postanowiłam robić to tak, żeby pomóc ludziom unikać tych strasznych błędów, które ja popełniałam przez lata.

O tym wlaśnie jest ten blog, jak się uczyć języka, żeby robić to skutecznie, bez niepotrzebnej frustracji i zniechęcenia.

Zapraszam do lektury 🙂

Jeśli masz jakieś pytania lub po prostu chcesz wysłać wiadomość, możesz napisać do mnie na adres miltonkaa@gmail.com

Znajdziesz mnie również na Facebooku

https://www.facebook.com/angielskiwmiltonkeynes/?ref=bookmarks

Pozdrawiam serdecznie

Joanna